Dzisiaj jest: 24.05.2018 Osób on-line: 1   Strona główna | Forum | Reklama | Kontakt
menu


Reklama

Felietony
Leo po debiucie. Co dalej?

            Nie udał się debiut w roli selekcjonera reprezentacji Polski Leo Beenhakkerowi. Na tradycyjnie niegościnnej dla nas duńskiej ziemi znów musieliśmy przełknąć gorycz porażki. Tym razem w stosunku 0:2.


            Zawiedzeni są wszyscy ci, którzy spodziewali się kadrowej rewolucji. Zawiedzeni, bo holenderski szkoleniowiec postawił głównie na wybrańców swojego poprzednika, którzy nie zwojowali niestety niemieckiego Mundialu. Kadra uzupełniona została jedynie pomijanymi (z niewyjaśnionych do dzisiaj względów) przez Janasa Dudkiem i Frankowskim oraz debiutantem z kieleckiej Korony – Pawłem Golańskim. Beenhakker zrezygnował wprawdzie z usług pupilka Janosika Grzegorza Rasiaka, ale w zestawieniu znalazł miejsce dla będącego od miesięcy w katastrofalnej dyspozycji Sebastiana Mili, który notabene w Odense też niczym nie zachwycił.


            Nie zmienił się skład personalny, wyraźnej poprawie nie uległa też gra Biało-czerwonych. W spotkaniu z Duńczykami podobać się mogło ledwie dwadzieścia minut drugiej połowy, a to zdecydowanie zbyt mało, aby odgrywać znaczącą rolę w europejskim futbolu. Winą za nieporadność piłkarzy nie można obarczyć Holendra, który miał swoich podopiecznych tylko przez kilkanaście godzin i zdążył odbyć z nimi zaledwie kilka treningów i indywidualnych rozmów. Wprawdzie to nie on ma wyjść na boisko i strzelać decydujące bramki, ale jego rolą jest dotarcie do mentalności zawodników, a czasu na to pozostało coraz mniej. Mecz w Odense był pierwszym, ale i … ostatnim sprawdzianem przed bojami eliminacyjnymi do finałów Mistrzostw Europy. Czasu pozostało niewiele, selekcjoner bacznie obserwuje nasze mecze ligowe, ale wyboru na spotkania z Finlandią i Serbią (w tym samym czasie, kiedy my przeżywaliśmy porażkę ze Skandynawami, zawodnicy z Dumy Bałkanów cieszyli się z wyjazdowego zwycięstwa nad Czechami 3:1) dokona zapewne z grona starych wyjadaczy. Bo i na objawienia w Orange Ekstraklasie nie bardzo może liczyć. Niezłe momenty w ligowej szarzyźnie, pozwalającej realnie myśleć o otarcie się o reprezentację, mają Matusiak, Janczyk, Łobodziński, Bonin, czy Błaszczykowski, ale żeby otrzymać powołanie, trzeba wykazać się stabilną, wysoką formą przez kilka ligowych kolejek, a nie tylko jednorazowym, choćby najbardziej nawet spektakularnym, błyskiem.


            Z reprezentacyjnego obozu dochodziły wieści, że Beenhakker będzie chciał eksperymentować ze składem, że na lewej obronie wystawiony zostanie Jacek Krzynówek. Holender jest jednak na tyle doświadczonym szkoleniowcem, że sam chyba nawet nie brał tych doniesień poważnie. Bo i po co gracza o walorach wybitnie ofensywnych upychać do łatania dziurawych jak szwajcarski ser luk w defensywie? Polski as z Wolfsburga zagrał na typowej dla siebie pozycji, choć podobnie jak cały zespół, nie zachwycił. Do bramki powrócił Dudek, którego można obarczyć winą za wpuszczenie pierwszej bramki, w ataku znów zameldował się Frankowski, który wprawdzie próbował, ale zatracił gdzieś swojego strzeleckiego nosa. I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu przed filigranowym wychowankiem Jagielloni uginały się nogi niejednego klasowego bramkarza w Europie.


            Ogólnie, cały zespół zagrał słabo. Składnych ataków było jak na lekarstwo, w odbiorze zagraliśmy nieźle pół godziny, a gdy Duńczycy włożyli nam drugiego gola, z naszych zawodników jakby zeszło powietrze. Maksyma, że gra się do ostatniej minuty wisi nad naszymi zawodnikami jak przeklęta mantra, powtarzana po tysiąckroć, a jednak tak trudna do zapamiętania. Może Beenhakkerowi uda się w końcu dotrzeć do umysłów reprezentantów, bo często mecze rozgrywane są w głowach, w szatni, w małych, niewiele znaczących niuansach. Ta drużyna być może ma potencjał (choć patrząc na ostatnie mecze w jej wykonaniu, trudno w to uwierzyć), wzmocniona kilkoma solidnymi rzemieślnikami, nie będzie rozdawać kart w naszej grupie eliminacyjnej, ale może sporo namieszać. A przy korzystnym układzie innych meczów, wszystko się może zdarzyć.


            Szkoda, że Holendrowi do pierwszej poważnej próby zostało tak niewiele czasu. Sprawdzian z Duńczykami z pewnością był korzystny ze szkoleniowego punktu widzenia, dał rozeznanie co do możliwości nie tylko drużyny, jako całości, ale i jej poszczególnych elementów, czyli samych zawodników. Kibiców takie widowisko nie mogło uraczyć, ale może lepiej, że przytrafiło się teraz, niż na początku września, kiedy to każda ewentualna porażka może ważyć losy awansu do najbliższych finałów Mistrzostw Europy. Gra Polaków nie rzucała na kolana, ale do tego przyzwyczajeni jesteśmy od ładnych paru lat. Pozostaje nam jedynie wciąż trwać w kibicowskiej wierze, że może po raz kolejny dziwnym zrządzeniem losu uda się osiągnąć sukces. W końcu w piłce tak wiele zależy od niewielkich szczegółów.


 


Autor: Jacek Żytnicki






Forum piłkarskie
Copyright (c) 2005-2012 Pilkanozna.org