Dzisiaj jest: 22.07.2018 Osób on-line: 1   Strona główna | Forum | Reklama | Kontakt
menu


Reklama

Felietony
Minął rok …

Minął rok ...


 


2 kwietnia minie dokładnie rok, odkąd odszedł od nas papież Jan Paweł II. Opuścił ziemski padół człowiek ze wszech miar wybitny, prawdziwy orędownik kościoła, który wprowadził go w trzecie tysiąclecie, rewolucjonista, działający na rzecz rozszerzenia dialogu ekumenicznego, pielgrzym, którego stopa stanęła na wszystkich kontynentach, odwiedziła synagogę (pierwsza wizyta papieska w żydowskiej świątyni praktycznie od początku chrześcijaństwa), cerkiew i meczet. Odszedł człowiek, dla którego miłość bliźniego i życie drugiego człowieka stanowiły wartości najwyższe.


Jego śmierć szczerze poruszyła miliony Polaków, manifestowali oni swoją stratę, smutek i żal na wielotysięcznych mszach, tłumnie uczestnicząc w marszach na cześć największego Polaka dwudziestego stulecia. W dniach żałoby przestały istnieć wszelkie podziały, nawet poróżnione grupy kibiców wyciągały do siebie wzajemnie dłonie w poszukiwaniu pojednania. W papieskim mieście, na stadionie Jego ukochanej drużyny, zgromadzili się kibice wszystkich krakowskich klubów. W barwach Cracovii, Wisły i Hutnika wzajemnie poklepywali się po plecach, ściskali sobie dłonie, mówili ciepłe słowa, a wszystkiemu wtórowały okrzyki Pojednanie dla Papieża! i śpiewana zgodnym chórem Barka. Atmosfera obiegła cały kraj, od morza do Tatr kibice zwaśnionych klubów próbowali znaleźć jakiś wspólny język, próbę komunikacji, zakopania topora wojennego. W świętokrzyskim wspólnie odbyli pielgrzymkę na Święty Krzyż przedstawiciele Korony, KSZO i Radomiaka. Na Śląsku gromadzili się na wspólnych spotkaniach, przystrojeni klubowymi barwami, fanatycy Ruchu, Górnika i Zagłębia. W Warszawie „ludzkim wzrokiem” spoglądali na siebie poloniści i legioniści, w Łodzi kibice ŁKS-u i Widzewa. Śmierć wielkiego człowieka zawsze porusza tłumy, ale w to, co stało się w naszym kraju, sami nie mogliśmy uwierzyć!


Wszystko to było jednak tylko medialną szopką, działaniem na pokaz, grą pod publiczkę. Już pierwsza ligowa kolejka uświadomiła wszystkim, że pojednanie jest mrzonką, marzeniem, które nie zrealizuje się w realnym świecie. Wystarczyło, że miejscem spotkania był nie „marsz jedności”, ale stadion piłkarski, a wszystko wróciło do „normy”. Bluzgi, wyzwiska, haniebne transparenty, palenie szalików rywali – znów stały się nieodłącznym elementem stadionowej rzeczywistości. Nie minęło kilka dni, a już starli się ze sobą sympatycy KSZO i Korony, Arki i Lechii, Ruchu i Zagłębia, Legii i Cracovii. Im więcej czasu mijało od dnia papieskiego pochówku, tym bardziej hasła o pojednaniu brzmiały niczym echo odległej epoki, a do scysji, a nawet regularnych bitew pomiędzy kibicami dochodziło z taką samą regularnością, jak przed 2 kwietnia. „Ukoronowaniem” tego wszystkiego są zdarzenia, z jakimi mieliśmy do czynienia kilka dni temu na stadionie imienia Jana Pawła II (sic!). Przyjęcie Białej Gwiazdy na meczu derbowym było kompromitacją i upokorzeniem. Nie upokorzono jednak Wiślaków. To kibice Cracovii skompromitowali i upokorzyli samych siebie, o pomeczowych wypowiedziach prof. Filipiaka chyba nawet nie warto wspominać. Wszystko to jednak byłoby jeszcze do przełknięcia, PZPN nałożył kary (w moim odczuciu zbyt delikatne), stadion zamknięto, klub ukarano finansowo. Czarę goryczy przelała jednak bezsensowna śmierć kibica Wisły. Nie chcę oceniać oprawcy, ani jego ofiary, tym powinna zająć się prokuratura i odpowiednie organy ścigania. Jest coś innego, co frapuje moją uwagę: wątpliwe jest dla mnie, aby w pierwszych dniach kwietnia ubiegłego roku człowiek, który porwał się na życie innego człowieka, brał udział w mszy za duszę Karola Wojtyły (choć wykluczyć tego nie można; wiadomo, presja otoczenia, wpływ środowiska, efekt stada). Jestem za to pewien, że uczestniczyło w niej setki ludzi, którzy na ostatnim pojedynku derbowym zasiadali na trybunach w pasiastych koszulkach i zamiast dopingować swoją drużynę, rzucali bluzgi na rywali, odważyli się zaatakować ich fizycznie i obiema rękami podpisywali się pod niesmaczną karykaturą świńskiego ryja przybranego w wiślackie barwy. Tu właśnie rodzi się agresja! Takie zachowanie buduje i wzmacnia nienawiść do przeciwnika. Z czasem przeciwnik przeistacza się we wroga, a wiadomo, że każdego wroga najlepiej wyeliminować, zetrzeć z powierzchni ziemi, zniszczyć. Wtedy już drugorzędne znaczenie ma dobro własnego klubu, priorytetem staje się walka z „obcymi”. Stadionowi bandyci nie rosną w siłę siedząc w domu, jedząc kanapki, czy oglądając telewizję. Oni wzmacniają się każdym ligowym meczem, a skutecznie pomagają im w tym ci wszyscy, którzy miast dopingować własnych zawodników, krzyczą Wisła, to stara k … Wtedy dopiero czują, że są silni, że ich „misja” ma sens, że mają za sobą wsparcie innych. Dopóki nie wykorzeni się takich nawyków, żadne metody zwalczania bandytyzmu na stadionach nie przyniosą wymiernych i spodziewanych korzyści, a normalni kibice zmuszeni będą do oglądania popisów swoich ulubieńców zza wysokich płotów, oddzielających ich od murawy. Problem nie dotyczy tylko krakowskich obiektów, zarazę trzeba wytępić na wszystkich stadionach, tylko wtedy nie będzie to „walka z wiatrakami”.


Wiem, że kibice znienawidzonych klubów nie zapałają nagle wobec siebie obopólną miłością i nie zjednoczą się w przyjacielskim uścisku. Ale wierzę, że możliwy jest wzajemny szacunek i tolerancja. W końcu wszyscy wyznajemy tę samą ideologię, a dobrem najwyższym jest dla nas dobro polskiej piłki. A że przy okazji przywdziewamy inne barwy klubowe …

Autor: Jacek Żytnicki






Forum piłkarskie
Copyright (c) 2005-2012 Pilkanozna.org