Dzisiaj jest: 19.11.2018 Osób on-line: 3   Strona główna | Forum | Reklama | Kontakt
menu


Reklama

Felietony
Szwedzki ratownik, rzecz o finale Ligi Mistrzów

 


            Finał, to mecz-zwieńczenie całego sezonu,       ukoronowanie trudów i znojów kilkumiesięcznej rywalizacji, wyrzeczeń, walki i zdrowia zostawionego na boisku. To także mecz specyficzny, bo każdy zawodnik chce się zapisać w annałach, jako strzelec historycznego, a często także zwycięskiego gola. W środowym finale Ligi Mistrzów w Barcelonie strzelać chciał każdy, niezależnie od tego, w jakiej znajdował się sytuacji, czy dostrzegał, czy nie, lepiej ustawionych partnerów. Strzelać chciał każdy, ale do zawiązania konstruktywnych akcji ofensywnych kwapiło się niewielu. Na szczęście Rijkaard wprowadził na murawę Henrika Larssona, który dwoma genialnymi podaniami wprowadził w euforię pół Katalonii.


            Od momentu pojawienia się na boisku szwedzkiego internacjonała, Barcelona zaczęła grać lepiej, rozgrywała piłkę „z klepki” i w końcu wdać było, że niemal od początku spotkania gra z przewagą jednego zawodnika. Henke, który nigdy nie był typowym playmakerem, miał największy udział przy obu bramkach: najpierw fantastycznie podał do wbiegającego na pełnej szybkości w pole karne Eto’o, a później wymanewrował obronę Kanonierów i z zegarmistrzowską precyzją, posyłając piłkę między gąszczem nóg rywali, obsłużył podaniem Belettiego. To jemu, swojemu najbardziej doświadczonemu zawodnikowi blaugrana zawdzięcza zdobycie Pucharu Europy.


            A przecież przed przyjściem na Camp Nou wydawało się, że to snajper-egoista. Owszem, regularnie zdobywał gole w Szkocji (242 w 315 występach), był największą gwiazdą Celitku, ale rzadko dostrzegał w polu karnym swoich kolegów, a kiedy dopadł do piłki widział tylko bramkę rywali. Jakże ewoluował pod tym względem w stolicy Katalonii! Dzisiejszy Larsson to przede wszystkim joker, który potrafi udźwignąć na swoich barkach ciężar gry, który w ciągu dwudziestu kilku minut (bo tyle zazwyczaj przebywa na boisku) potrafi zadać decydujący cios (nie zatracił instynktu strzeleckiego – w tegorocznej Primera Division strzelił 10 bramek), ale również zapisać na swoim koncie niekonwencjonalną asystę.


            Wielu z niedowierzaniem pukało się w czoło, kiedy Rijkaard ściągał go do swojego zespołu. Że niby za stary (ur. 20.09.1971 r.), że wypalony, że szczytem możliwości były dla niego występy w szkockiej Premiership. Jednak Holender miał nosa, już po pierwszych występach jego podopieczny zaskarbił sobie serca fanatycznych socios, a każdy kolejny występ tylko utwierdzał o przeprowadzeniu udanego transferu. Larsson to wzór profesjonalizmu w każdym calu – wie, że piłka to jego zawód i traktuje ją bardzo poważnie. Sam Rijkaard mówił, że w jego zespole nie ma chyba piłkarza, który z takim sercem podchodziłby do … treningów, a mecz (o najmniejszą nawet stawkę) traktował tak ambicjonalnie. To dlatego Szwed z zimnej północy osiągnął w sporcie tak wiele i po zakończeniu kariery będzie mógł z dumą podziwiać swoje liczne trofea.


            Piłka jest zawodem, ale nie sensem i celem życia. Wiedzą o tym wszyscy, rozumie niewielu. Henke rozumie to jak nikt: przed laty, na prośbę syna, zdecydował się na powrót do reprezentacji. Teraz, również za jego namową, chce opuścić Hiszpanię i wrócić do miejsca, w którym rozpoczynał swoją wspaniałą drogę do sukcesów, do ojczyzny. Podobno finał Ligi Mistrzów miał być jego ostatnim, oficjalnym meczem w barwach Barcelony. Jeśli nie zmieni zdania, europejska piłka z najwyższej półki straci jedną z gwiazd. Ale on sam odejdzie w glorii chwały i na zawsze pozostanie w sercach kibiców Dumy Katalonii. W końcu to on ustrzelił dla nich Puchar Ligi Mistrzów.


 


Autor: Jacek Żytnicki






Forum piłkarskie
Copyright (c) 2005-2012 Pilkanozna.org