Dzisiaj jest: 22.07.2018 Osób on-line: 2   Strona główna | Forum | Reklama | Kontakt
menu


Reklama

Felietony
Władcy Mundialu

            To miał być przedwczesny finał. I być może był. Bo czy finały zawsze są piękne i na długo zapisują się w pamięci? Nie było to pasjonujące widowisko, jak pamiętne, obfitujące w bramki, spotkanie z Meksyku z 1986 roku, ale też nie były to męczarnie i zarzynanie futbolu, jakie oglądaliśmy w roku 1990.


            Pierwsza połowa przyniosła rozczarowanie, zamiast otwartej gry „cios za cios”, piłkarze zaprezentowali prawdziwe szachy, ucztę dla taktyków, która jednak dla przeciętnego kibica była niezrozumiałą bojaźnią przed bardziej otwartą grą. Obraz gry zmienił się po przerwie, zarówno Niemcy, jak i Argentyńczycy, zaryzykowali, bardziej chcieli strzelić, niż nie stracić, na czym tylko zyskało widowisko. Emocje w Berlinie trwały nie tylko regulaminowe 90 minut, przedłużyły się o dogrywkę i serię rzutów karnych.


 


Drużyna Mundialu


            Przed mistrzostwami na Klinsmana została wylana fala krytyki, do której przyłączyły się niemal wszystkie niemieckie media. Dziennikarze nie oszczędzali wyśmienitego niegdyś piłkarza, krytykując każdy jego krok i podważając decyzje personalne. Nie w smak było im, że Klinsi miast z wysokości trybun, nie zważając na deszcz, wiatr i mróz oglądać mecze rodzimej Bundesligi, wolał wygrzewać się w gorącym kalifornijskim słońcu. Nie podobało im się, że do końca czekał z publicznym ogłoszeniem nominacji dla pierwszego bramkarza reprezentacji, że nie chciał spotykać się z dziennikarzami i dzielić refleksji na temat wizji pracy z drużyną narodową. Klinsman wolał zaszyć się w słonecznym zakątku Ameryki i tam w samotności układać strategię i dobierać do niej odpowiednich wykonawców. Czas pokazał, że miał rację – skompletował drużynę, która nie tylko tworzy sprawnie działający mechanizm, ale dopracowała się swojego stylu. I nie jest to styl, z którego zawsze znani byli Niemcy: archaiczny, waleczny, ale pozbawiony finezji. Jeśli wciąż można mówić o niemieckim walcu, który rozjeżdża kolejnych przeciwników, to należy też rozbudować nieco tę formułkę: walec ten potrafi zagrać niekonwencjonalnie, efektownie dla oka i co najważniejsze wciąż skutecznie.


Ci sami dziennikarze, którzy niedawno nie zostawiali na selekcjonerze suchej nitki, teraz wychwalają go pod niebiosa. Przyznać trzeba, że w pojedynku z Argentyną dopisało mu szczęście – bramkę wyrównującą jego podopieczni strzelili na 10 minut przed końcem spotkania, a w loterii, jakiej są rzuty karne, uśmiechnęła się do nich fortuna. Podobno jednak szczęście sprzyja lepszym, więc w Niemczech euforia trwa w najlepsze.


            Podejmując się pracy z reprezentacją Klinsman ryzykował wiele, położył na szali całą swoją dotychczasową karierę zawodniczą. Gdyby powinęła mu się noga i gospodarze przedwcześnie żegnaliby się z Mundialem, nikt w Niemczech nie wybaczyłby mu tego, z hukiem zostałby wyrzucony z posady i ogłoszony głównym winowajcą. Na szczęście dla niego, wszystko ułożyło się po jego myśli: drużyna wygrała pięć kolejnych spotkań i odprawiała rywali z kwitkiem w naprawdę dobrym stylu. Wybory, których dokonał okazały się słuszne, a gdyby ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, bronią go wyniki.


 


Dwie Wieże


            Pierwszy mecz Niemców na Mundialu ze słabiutką Kostaryką obnażył wszystkie ich braki w grze defensywnej. Jeśli tak słaby rywal strzela dwie bramki po koszmarnych błędach dwóch środkowych obrońców, są podstawy do obaw o przyszłość tej formacji. Z każdym kolejny meczem obrona spisywała się jednak coraz lepiej, sprawiała korzystniejsze wrażenie i wystrzegała się szkolnych błędów.


Dwie Wieże to oczywiście trzon formacji defensywnej, para środkowych obrońców: Metzelder (193 cm) i Mertesacker (196 cm). Patrząc na ich nuieporadną grę w meczu z Kostaryką, Klinsman i miliony niemieckich kibiców przecierały oczy ze zdumienia, a każda ich interwencja przyprawiała tłumy o szybsze bicie serce i zagrożenie stanem przedzawałowym. Limit popełnionych błędów został chyba jednak wykorzystany w tamtym spotkaniu, bo kolejne mecze przyniosły wzrost notowań pary stoperów, a i kredyt zaufania u społeczeństwa radykalnie poszedł w górę. Wprawdzie nie grają oni tak efektywnie, jak choćby operujący na skrzydle Philipp Lahm, często zapuszczający się pod bramkę przeciwników, nie bojący się strzelić w kierunku bramki, czy dośrodkować na pole karne, ale są efektywni. Nawet przy stałych fragmentach gry niespecjalnie sieją popłoch pod bramką rywali, za to znakomicie wywiązują się ze swoich zadań destrukcyjnych.


To miał być najsłabszy punkt niemieckiej maszyny, a przeciwnicy mieli bezlitośnie wykorzystywać małą zwrotność środka obrony. Cóż z tego, że wszyscy wiedzą o pięcie achillesowej, skoro nikt nie potrafi jej ustrzelić? Argentyńczykom wprawdzie się udało, Ayala strzelił bramkę ze środka pola karnego,  a więc z sektora, który nominalnie jest terytorium operowania dwóch niemieckich olbrzymów. Ale był to tylko sukces połowiczny, Latynosom nie udało się dowieść jednobramkowej przewagi do końca meczu, a w serii rzutów zatrzymał ich broniący z wielkim wyczuciem Lehmann.


 


Powrót Króla


            To właśnie bramkarz Arsenalu okazał się ojcem zwycięstwa: dwie skuteczne interwencje, obronione strzały z jedenastu metrów i to Niemcy znaleźli się w półfinale Mundialu. Wcześniejsi rywale (zwłaszcza ci grupowi) nie zawiesili Lehmannowi poprzeczki zbyt wysoko, rzadko decydowali się na strzały, zazwyczaj były one niecelne, a jeśli już zmierzały w światło bramki, to nie stanowiły poważnego zagrożenia. W ślad za dobrymi wynikami reprezentacji, ucichła debata, czy wybór Klinsmana odnośnie obsady bramkarza był słuszny, czy nie. Wszyscy cieszyli się, że kadra idzie jak burza, nie ponosi porażek i pewnie pokonuje kolejne rundy mistrzostw.


            Wszyscy też jednak zdawali sobie sprawę, że prawdziwym testem dla tej drużyny będzie dopiero pojedynek z Argentyną, która w dotychczasowych meczach sprawiała najkorzystniejsze wrażenie. W tym meczu cały swój kunszt miał też zaprezentować Lehmann. Przez 120 minut rywalizacji podopieczni Pekermana starali się, próbowali, strzelali lepiej, lub gorzej, ale bramkarz Kanonierów spisywał się bez zarzutów (trudno obwiniać go za wpuszczoną bramkę). Największym wyzwaniem okazała się dopiero seria rzutów karnych i w niej niemiecki golkeaper do końca zachował zimną krew. Z niesamowitą wręcz pewnością i wyczuciem obronił dwa strzały Argentyńczyków, a że koledzy z drużyny nie pomylili się ani razu, Franz Becnekbauer, Angela Merkel i  70 tysięcy Niemców na trybunach oraz miliony przed telewizorami mogło zacisnąć ręce w geście triumfu.


            Lehmann długo skrywał się w cieniu, kibiców zachwycali inni: Klose, Podolski, Lahm, Schweinsteiger, Schneider, Ballack. Jego gwiazda rozbłysła jednak w najważniejszym dla turniejowej przyszłości momencie, w wielkim stylu znów zasiadł na tronie. Prawdziwy powrót króla.


 


Autor: Jacek Żytnicki






Forum piłkarskie
Copyright (c) 2005-2012 Pilkanozna.org